AI potrafi napisać artykuł w kilka sekund. Problem w tym, że w te kilka sekund powstaje bezwartościowa papka. AI slop zalewa internet, ale to wcale nie oznacza, że musimy dokładać do tego swoją cegiełkę. Opisuję, jak mądrze korzystamy z AI do tworzenia merytorycznych, jakościowych tekstów w Top Online.
Spis treści:
- Co to jest AI slop?
- Internet jest zalewany AI slopem
- Po czym rozpoznaję teksty AI slop?
- Dlaczego AI slop szkodzi Twojej marce i SEO?
- Czy Google karze za teksty AI?
- Stop AI slop – czyli jak tworzymy merytoryczne treści w Top Online?
- Czy Twój content zaczyna przypominać papkę od AI? Checklista przed publikacją
- Podsumowanie w punktach
Zobacz też:
Co to jest AI slop?
Nie trzeba śledzić każdej nowinki z rynku LLM-ów ani tytułować się specjalistą od sztucznej inteligencji, żeby wiedzieć, co oznacza nazwa AI slop. Jeśli choć trochę siedzisz w internecie, czytasz blogi i korzystasz z social mediów, to prawdopodobnie to określenie już Ci gdzieś mignęło.
AI slop to po prostu niskiej jakości treści wygenerowane przez sztuczną inteligencję bez większego (lub przy zerowym) udziale człowieka.
Ktoś wpisuje krótki prompt, kopiuje odpowiedź, publikuje ją i przechodzi do następnego tekstu. Bez weryfikacji faktów, poprawek czy zastanowienia się, czy taka treść w ogóle komuś pomoże.
AI slop znajdziemy dzisiaj praktycznie wszędzie. W artykułach blogowych, postach na LinkedInie, opisach produktów, newsletterach, czy nawet komentarzach.
Ale nie mówimy tu tylko o treściach pisanych, bo coraz częściej na takie ejajowe śmieci można natknąć się także na YouTubie, Instagramie i TikToku.
Pewnie kojarzycie charakterystyczne filmiki z dziwnie wyglądającymi postaciami, absurdalnymi historiami i głosem lektora brzmiącym jak syntezator Ivona. Tego typu materiały często określa się również mianem brainrot. Sama nazwa mówi całkiem sporo o ich jakości.
Idę o zakład, że przynajmniej część z poniższych kadrów i postaci (albo ogólna stylistyka tych treści) jest wam znana. I to nie dlatego, że wam się podobają – po prostu algorytmy platform same pchają nam takie materiały do feedu.
Ale wróćmy do tekstów, bo właśnie z nimi pracuję na co dzień. Wielokrotnie spotkałem się z opinią, że każdy artykuł napisany z pomocą AI to automatycznie AI slop. Zupełnie się z tym nie zgadzam.
Jeżeli narzędzie AI pomaga uporządkować informacje, znaleźć źródła, przygotować strukturę artykułu albo przyspieszyć research, to świetnie. Sam korzystam z ChataGPT czy Gemini praktycznie codziennie. Dzięki temu mogę poświęcić więcej czasu na analizowanie danych czy dopracowywanie treści.
Natomiast jeśli cały proces wygląda tak, że ktoś wpisuje prompt:
„Napisz artykuł o pozycjonowaniu stron na 5000 słów."
...a następnie publikuje pierwszą odpowiedź bez przeczytania jej do końca, to mamy podręcznikową definicję AI slopu.
Takie teksty zazwyczaj wyglądają bardzo podobnie, i na pierwszy rzut oka wszystko jest z nimi w porządku. Są rozbudowane, mają dużo nagłówków i brzmią całkiem „mądrze”. Problem pojawia się wtedy, gdy zaczynamy je analizować trochę głębiej.
Po kilku akapitach okazuje się, że autor cały czas mówi w zasadzie to samo. Zmienia jedynie kolejność zdań i używa innych słów. Prześlizguje się po powierzchni, rzuca ogólnikami i banałami, a wszystko to brzmi po prostu… sztucznie.
Nie ma nawet jednej myśli, której nie można byłoby znaleźć w kilkunastu innych artykułach z wyników wyszukiwania. Często mam wrażenie, że mógłbym usunąć połowę tekstu i czytelnik nic by na tym nie stracił.
To właśnie jest dla mnie definicja AI slopu. Nie chodzi o autora ani narzędzie, tylko totalny brak wartości.
Internet jest zalewany AI slopem
Coraz więcej badań pokazuje, że liczba treści generowanych masowo przez AI rośnie w błyskawicznym tempie. Dobrym przykładem jest analiza opublikowana przez Pangram, która pokazuje, jak platformy takie jak LinkedIn czy X są dosłownie zalewane spamem tworzonym przez modele językowe.
(Prawie co trzeci krótki post publikowany na LinkedInie jest dziś wygenerowany przez AI)
Treści powstają hurtowo, są publikowane niemal bez żadnej kontroli i mają jeden cel – wygenerować zasięg jak najmniejszym kosztem.
Warto wiedzieć
LinkedIn jest świadomy problemu i zapowiedział niedawno wprowadzenie przycisku do zgłaszania treści AI niskiej jakości. Od teraz każdy użytkownik może jednym kliknięciem oznaczyć post jako AI slop i nieco oczyścić sobie feed.
Im więcej pojawia się automatycznie wygenerowanych artykułów, tym bardziej zaczynają wyróżniać się teksty napisane przez ludzi, którzy rzeczywiście mają coś do powiedzenia.
Własne doświadczenia, konkretne dane, wyniki testów czy nawet subiektywne obserwacje stają się czymś znacznie cenniejszym niż kolejna idealnie wygładzona definicja wygenerowana przez model językowy.
Moim zdaniem właśnie w tym kierunku będzie rozwijał się content marketing. AI będzie odpowiadało za przyspieszanie pracy, ale przewagę nadal będą budować ludzie. To oni potrafią wyciągać wnioski, łączyć fakty z różnych źródeł i dodawać kontekst, którego modelom językowym zwyczajnie brakuje.
Po czym rozpoznaję teksty AI slop?
Nie istnieje żadne magiczne rozwiązanie czy program, który po kilku sekundach powie: „ten tekst napisała sztuczna inteligencja". Jasne, mamy detektory AI, ale wiele analiz wykazało już, że nie są one bezbłędne i lepiej traktować je w kategorii ciekawostki, a nie miarodajnego narzędzia.
Pozostaje więc podejście, hmmm, „organoleptyczne” i własna, subiektywna analiza tekstu. Od razu powiem, że jeśli na co dzień pracujecie z contentem, wyłapanie ejajowych materiałów jest zwykle prostsze.
Ja skupiam się głównie na poniższych punktach:
- Przeładowanie tekstu mądrze brzmiącymi słowami. Autor za wszelką cenę próbuje sprawiać wrażenie eksperta, więc praktycznie każde zdanie jest napompowane branżowymi określeniami.
- Klasyczne lanie wody. Tekst ma kilka tysięcy słów, ale równie dobrze mógłby mieć połowę mniej. Kolejne akapity powtarzają tę samą myśl, tylko w trochę innym układzie.
- Przykłady (a właściwie ich brak). Jeżeli ktoś przez kilkanaście minut tłumaczy jakiś temat i ani razu nie pokazuje go na konkretnym przypadku, zaczynam mieć wątpliwości, czy rzeczywiście ma z nim praktyczne doświadczenie.
- Brak własnego punktu widzenia. Nie chodzi mi o to, że każdy artykuł musi być opiniotwórczym felietonem. Są tematy, w których po prostu trzeba przedstawić fakty. Ale nawet wtedy autor może pokazać, jak wygląda to z jego perspektywy. Może opisać błędy, które widzi u klientów, pokazać wyniki własnych testów albo napisać, dlaczego wybrał jedno rozwiązanie zamiast drugiego.
- Powtarzające się konstrukcje zdań. Kiedy czytam kolejne akapity zaczynające się od „Warto pamiętać, że...", „Należy również zwrócić uwagę...", „Kluczowym aspektem jest..." albo, o zgrozo, „W dzisiejszym dynamicznym świecie...", momentalnie zapala mi się czerwona lampka.
- Schematyczna struktura artykułów. Defnicja-zalety/wady-podsumowanie. Sam taki układ oczywiście nie jest niczym złym, ale problem zaczyna się wtedy, gdy dokładnie ten sam schemat pojawia się w kilkunastu tekstach na podobny temat. Czytelnik ma wtedy poczucie, że czyta identyczny artykuł po raz dziesiąty.
- Halucynacje AI. To chyba najbardziej niebezpieczna cecha AI slopu. LLM potrafi z pełnym przekonaniem podać nieistniejące badanie, błędną datę, zmyśloną nazwę raportu albo przypisać cytat osobie, która nigdy go nie wypowiedziała. Co gorsza, często brzmi to bardzo wiarygodnie.
Warto wiedzieć
Jeżeli autor bezrefleksyjnie kopiuje niezweryfikowane informacje do artykułu, zaczyna publikować błędy merytoryczne. A później kolejne osoby cytują je dalej i dezinformacja zaczyna żyć własnym życiem.
Dlaczego AI slop szkodzi Twojej marce i SEO?
Jeśli karmisz swoich użytkowników ejajową papką, prawdopodobnie szybko odczujesz poważne konsekwencje – których być może w ogóle nie bierzesz pod uwagę.
Tracisz zaufanie czytelników
Zaufanie buduje się bardzo długo, ale można je stracić po jednym słabym artykule.
Jeżeli użytkownik trafia na tekst pełen ogólników, szybko dochodzi do wniosku, że skoro ten materiał nic nie wnosi, to prawdopodobnie pozostałe również będą wyglądały podobnie. Nie musi przecież sprawdzać całego bloga – wystarczy jedno złe doświadczenie.
Można to porównać do wizyty w restauracji. Jeśli pierwszy posiłek okaże się przeciętny, raczej nie będziemy wracać tam tylko po to, żeby sprawdzić, czy inne dania są lepsze.
Dlatego wychodzę z założenia, że zamiast publikować dziesięć przeciętnych artykułów miesięcznie, lepiej przygotować jeden naprawdę dobry.
Trudniej przekonać odbiorcę do działania
Treści mają realizować konkretny cel. Może to być sprzedaż, zapis do newslettera, wysłanie formularza kontaktowego czy zbudowanie wizerunku eksperta. Niespodzianka – AI slop nie pomaga osiągnąć żadnego z nich.
Jeżeli tekst przez kilka tysięcy znaków nie odpowiada na realne pytania użytkownika, nie rozwiewa jego wątpliwości i nie pokazuje praktycznych rozwiązań, trudno oczekiwać, że nagle przekona go do zakupu usługi.
Najpierw trzeba dostarczyć wartość, a dopiero później można myśleć o sprzedaży.
Wpływ na SEO jest pośredni, ale jednak ważny
Związek między publikacją tekstów AI a pogorszeniem efektów pozycjonowania nie jest zerojedynkowy. To nie jest tak, że wrzucisz na swojego bloga wygenerowany artykuł i pozycje od razu pospadają (o czym napiszę więcej za chwilę). Temat jest trochę bardziej skomplikowany.
Chodzi tu raczej o sygnały słabego zaangażowania użytkowników, którzy nie chcą czytać generycznych tekstów od AI – i szybko opuszczają stronę.
Wysoki współczynnik bounce rate czy niższy wskaźnik dwell time (czasu przebywania w witrynie) dają znać algorytmom Google, że coś jest nie tak. Ludzie z jakiegoś powodu nie czytają artykułów do końca, nie przechodzą do kolejnych podstron i nie angażują się w treść.
I to właśnie tutaj należy się dopatrywać pogorszenia widoczności i pozycji w dłuższym terminie.
Sprawa jest więc stosunkowo prosta – jeśli tworzysz teksty, które użytkownicy faktycznie chcą czytać, automatycznie poprawiasz jakość ich doświadczeń. A to z kolei idzie w parze z lepszymi efektami SEO.
Tracisz widoczność w wyszukiwarkach AI
Dzisiaj nie walczymy już wyłącznie o widoczność w klasycznych wynikach Google. Na naszych oczach formuje się nowa warstwa internetu – AI Overviews, ChatGPT, Gemini, Perplexity i inne systemy odpowiadające użytkownikom na podstawie informacji znalezionych w sieci.
Widać to zresztą w danych – prawie 1/4 dzisiejszego ruchu na stronach stanowią boty AI, które w imieniu użytkownika skanują witryny i zaciągają z nich treści, żeby je potem zgrabnie podsumować.
A teraz jak myślisz – czy ChatGPT albo Gemini wejdą na stronę, jeśli Twój artykuł jest kolejną przeciętną kopią tego, co od lat znajduje się w internecie? Nie można tego w 100% wykluczyć, ale praktyka pokazuje, że raczej tak się nie dzieje.
Powód jest prosty – skoro publikujesz odgrzewane kotlety, bez żadnej wartości dodanej, model językowy nie ma większego powodu, żeby zacytować akurat Ciebie.
Jeżeli natomiast dodajesz do tekstów własne doświadczenia albo publikujesz dane, których nie ma nigdzie indziej, szansa na cytowanie wyraźnie rośnie.
W ekosystemie AI (podobnie jak w klasycznym Google) wygrywają treści, które są uznawane za wartościowe źródło informacji.
Czy Google karze za teksty AI?
„Czy Google wykrywa teksty napisane przez ChatGPT?"
„Czy za korzystanie z AI można dostać bana?"
Podejrzewam, że Ty też zadajesz sobie podobne pytania. Jak to w końcu jest?
Google nie karze za sam fakt użycia AI. Oficjalny przekaz firmy jest prosty – liczy się jakość treści, a nie to, kto (lub co) wciskał klawisze.
Google walczy ze słabym contentem, a nie z technologią. Jeżeli tekst pomaga rozwiązać konkretny problem, odpowiada na pytania odbiorców i wnosi coś nowego do dyskusji, wyszukiwarka to doceni.
Coraz więcej firm wykorzystuje AI na różnych etapach pisania. Jedni używają go do researchu, inni do przygotowania konspektu, jeszcze inni do poprawiania stylu albo tłumaczeń. Sam również nie wyobrażam sobie pracy bez tych narzędzi.
To trochę jak z kalkulatorem.
Nikt nie twierdzi, że księgowy jest gorszym specjalistą tylko dlatego, że nie liczy wszystkiego ręcznie. Ważna jest poprawność obliczeń i ich efekt – z AI jest bardzo podobnie.
Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy narzędzie zaczyna zastępować cały proces myślenia.
Jeżeli publikujesz dziesiątki artykułów wygenerowanych jednym promptem, bez sprawdzania faktów, redakcji i dodania własnej wiedzy, tworzysz dokładnie taki content, z którym Google od lat próbuje walczyć – m.in. z pomocą aktualizacji Helpful Content czy SpamBrain.
Stop AI slop – czyli jak tworzymy merytoryczne treści w Top Online?
Nie ukrywam, że AI jest dziś ważnym elementem naszej pracy.
Gdyby ktoś zapytał mnie kilka lat temu, czy będę korzystał z modeli językowych praktycznie każdego dnia, pewnie odpowiedziałbym, że nie. Teraz trudno wyobrazić sobie bez nich research, analizę informacji czy porządkowanie materiałów.
Ale jednocześnie nie znam ani jednego dobrego artykułu, który obroniłby się wyłącznie dlatego, że został wygenerowany przez AI. Cała wartość powstaje później.
To właśnie na etapie redakcji, weryfikacji źródeł, dopisywania przykładów i wyciągania własnych wniosków artykuł zaczyna przypominać materiał napisany przez człowieka, a nie odpowiedź wygenerowaną przez model językowy.
W Top Online od początku wychodzimy z założenia, że AI ma przyspieszać pracę specjalistów, a nie ich zastępować.
Dlatego bardzo dużą wagę przykładamy do jakości informacji, które trafiają do naszych tekstów.
- E-E-A-T to nie pusty skrót – jeżeli rzeczywiście pracujesz z danym zagadnieniem, naturalnie zaczynasz pisać o rzeczach, których nie znajdziesz w pierwszym lepszym artykule. Masz własne obserwacje, widzisz powtarzające się problemy i potrafisz pokazać wyjątki od reguły. To wszystko sprawia, że tekst staje się bardziej wartościowy zarówno dla czytelnika, jak i dla systemów AI szukających wiarygodnych źródeł.
- Piszemy przede wszystkim dla ludzi – to ludzie są odbiorcami naszej oferty, to oni kupują nasze produkty i zamawiają nasze usługi. To ich problemy staramy się rozwiązać.
- Nie boimy się własnych opinii – tam, gdzie ma to sens, dodajemy własne przemyślenia i obserwacje, pokazujemy wyniki analiz albo opisujemy doświadczenia z projektów. To właśnie takie fragmenty najczęściej okazują się dla czytelników najciekawsze, i jednocześnie są praktycznie niemożliwe do odtworzenia przez model językowy.
- Bazujemy na naszym doświadczeniu w SEO i „GEO” (AI visibility, analiza ruchu AI) – trzymamy się specyficznego schematu, kiedy piszemy teksty na naszego bloga. Cały proces wygląda tak, że najpierw specjalista proponuje temat i przygotowuje wstępna rozpiskę. Są w niej nagłówki, główne zagadnienia, które chcemy poruszyć i najczęściej też krótkie zajawki akapitów. Moim zadaniem jest spiąć to wszystko w logiczną całość.
Warto wiedzieć
Ten schemat pracy nad blogiem wyróżnia nas na tle innych agencji, w których zwykle to copywriter zaczyna i kończy pracę nad tekstem, a specjalista wprowadza jedynie poprawki. U nas SEO-wcy są angażowani od samego początku, więc sam szkic tekstu jest już nasycony merytoryką. Ja go tylko rozbudowuję i wygładzam, żeby był przyjemny w odbiorze. W skrócie: nie piszę od zera o czymś, na czym się nie znam :).
- Dbamy o język i czytelność – piszemy teksty prostym językiem, przyjaznym zarówno dla specjalisty, jak i osoby spoza branży. Skoro teksty mają pomóc użytkownikom, to muszę być dla nich zrozumiałe i nieprzekombinowane.
- Formatujemy treści również z myślą o AI i algorytmach – dbamy o logiczną strukturę nagłówków, krótkie akapity, wyraźne wyróżnienia najważniejszych informacji i przejrzysty układ całego artykułu. To poprawia komfort czytania dla użytkownika, a przy okazji ułatwia analizowanie treści przez systemy AI.
- Korzystamy z YOSY, czyli naszej apki do tworzenia jakościowych tekstów AI – to nie jest kolejny maszynowy generator AI slopu, który wypluwa teksty bazujące na przypadkowych informacjach z internetu. YOSA może oprzeć odpowiedzi na materiałach konkretnej firmy – jej blogu, dokumentacji, poradnikach czy webinarach. To prywatny asystent do pisania z wiedzą Twojego specjalisty i umiejętnościami profesjonalnego copywritera, który zachowuje przy tym spójny tone of voice w tworzonych materiałach.
Zobacz też:
Jak YOSA może pomóc Ci przy działaniach związanych z pisaniem treści i rozbudową firmowego bloga
Czy Twój content zaczyna przypominać papkę od AI? Checklista przed publikacją
Po przygotowaniu każdego dłuższego tekstu odpowiadam sobie na poniższe pytania:
- Czy w tekście znajduje się przynajmniej jeden unikalny przykład, własny wniosek albo obserwacja wynikająca z doświadczenia?
- Czy usunąłem wszystkie sztampowe wstępy w stylu „W dzisiejszym świecie…” i inne konstrukcje, które od razu kojarzą się z automatycznie wygenerowanym tekstem (i na które wszyscy reagują już alergicznie)?
- Czy artykuł brzmi i wygląda naturalnie, kiedy go czytam?
- Czy zweryfikowałem wszystkie liczby, nazwy raportów, cytaty i statystyki, żeby wyeliminować ewentualne halucynacje AI?
- Czy treść jest dobrze sformatowana i łatwo się ją czyta zarówno na komputerze, jak i na telefonie?
- Czy po przeczytaniu artykułu użytkownik rzeczywiście otrzyma odpowiedź na pytanie, z którym trafił na stronę?
Podsumowanie w punktach
- AI slop to niskiej jakości treści generowane przez AI bez odpowiedniej kontroli, redakcji i wartości dodanej człowieka.
- Samo wykorzystanie AI nie jest problemem – liczy się jakość, użyteczność i unikalność końcowej treści.
- AI slop rozpoznaję po ogólnikach, powtarzalnych konstrukcjach, braku konkretów, własnych doświadczeń oraz błędach merytorycznych.
- Publikowanie takich treści może obniżać zaufanie do marki, konwersję i zaangażowanie użytkowników.
- Google nie karze za samo użycie AI, ale jego systemy mogą negatywnie oceniać masowy, bezwartościowy content.
- Merytoryczne treści powinny bazować na doświadczeniu, własnych danych, obserwacjach i realnych potrzebach odbiorców.
- W Top Online wykorzystujemy AI jako wsparcie pracy specjalistów, a nie zamiennik ich wiedzy i doświadczenia.
- Przed publikacją sprawdzamy m.in. unikalność, naturalność, poprawność faktów, formatowanie i to, czy tekst rzeczywiście odpowiada na pytania czytelnika.


